Biuletyn Informacji Publicznej
     Dziś jest: piątek, 04 lipca 2008 r

Centralny Zarząd Służby Więziennej

ul. Rakowiecka 37a
02-521 Warszawa
tel. (22) 6408330













\\
Zmieniamy Służbę
z ppłk Grażyną Bednarek, dyrektorką Aresztu Śledczego w Tarnowskich Górach, rozmawia Grażyna Wągiel-Linder
Czy dyrektorski fotel jest wygodny?
Nie, ani fizycznie, ani w przenośni.

Stanowi spadek po poprzedniku?
Tamten wysłużony mebel w końcu odmówił posłuszeństwa. Teraz mam zwykłe krzesło.

Twardsze po to, by za długo na nim nie siedzieć?
Czasami trzeba załatwić za biurkiem papierkową robotę, ale rzeczywiście staram się codziennie być na oddziałach. To pozwala zobaczyć problemy, które mogą być niewidoczne zza biurka.

Podwładni sprawdzali, czy udźwignie Pani ciężar szefowania jednostce?
Dali mi ksywkę PD, czyli pani dyrektor, bo chyba oczekiwali, że będę bardziej od reprezentowania, niż od przyziemnych spraw. Na początku próbowano mi nie o wszystkim mówić… Potem, gdy pytałam, dlaczego o czymś nie wiem, słyszałam, że szefowej nie ma co zawracać głowy drobiazgami.

To o tyle dziwna praktyka, że przez kilka lat, jako specjalistka ds. penitencjarnych okręgowego inspektoratu, kontrolowała Pani jednostkę w Tarnowskich Górach, której od dwóch lat szefuje.
Znałam to miejsce głównie od strony penitencjarnej, wiedziałam, jak się po jednostce poruszać i to właściwie wszystko. Nie wszyscy funkcjonariusze mnie wcześniej znali, ja też pamiętałam tylko niektóre twarze.

Jak długo się z Panią oswajali?
Około pół roku.

Na Śląsku zakorzeniony jest patriarchalny model rodziny. Może więc trudno było im przyjąć, że po szefie zyskali panią dyrektor?
Na pewno część osób miała opory wobec mnie - kobiety wydającej polecenia służbowe, ale nie wszyscy. Nie można generalizować.

Wykształcenie psychologiczne ułatwia zarządzanie jednostką?
Znacznie ważniejsze są predyspozycje osobiste i znajomość realiów. Jeżeli się przeszło kolejne stopnie kariery zawodowej, od stanowisk podstawowych przez kierownicze aż do specjalisty w inspektoracie, zyskuje się perspektywę niezbędną na stanowisku dyrektora jednostki. Widziałam, jak są rozwiązywane problemy w różnych jednostkach i mogę z tych doświadczeń korzystać.

Przez osiem lat w inspektoracie można się zasiedzieć…
Ja przede wszystkim czułam się wypalona. Wydawało mi się, że już nic więcej nie mogę zrobić jako specjalista. Męczyły mnie papiery i analizy. Chciałam być bliżej ludzi i konkretnego działania.

Teraz czuje się Pani jak ryba w wodzie?
Lubię to, co robię. Trochę mnie tylko denerwuje, że czasami ludzie widzą sprawy w ciemnych barwach, że ich zdaniem na pewno się nie uda, że nie warto zaczynać. Jestem trochę w gorącej wodzie kąpana i jeżeli trzeba coś zrobić, to chciałabym działać od razu. Denerwuję się, gdy inni wolno się za to zabierają.

Na ile udało się Pani w ciągu dwóch lat szefowania zmienić areszt?
Wyremontowaliśmy bibliotekę i radiowęzeł. Przybyło świetlic na oddziałach. Zwiększyła się liczba zajęć z osadzonymi. Prowadzimy kursy zawodowe i poszukiwania pracy, co w areszcie rzadko się spotyka. Nie ma już cel 20-osobowych, podzieliliśmy je na mniejsze. Wyremontowaliśmy dach pawilonu mieszkalnego. Oprócz systematycznego remontu cel, zainstalowaliśmy domofony na dwóch oddziałach, co znacznie ułatwia pracę oddziałowym. W pierwszym roku powstała nowa szatnia i wartownia. Głównie inwestujemy w nowszy pawilon, stary wymaga kapitalnego remontu. Poczyniłam sporo przesunięć kadrowych, by usprawnić pracę w jednostce.

Czy potwierdza Pani opinię o zawodowej dyskryminacji kobiet?
Nie zgodziłabym się z tezą o dyskryminacji, ale uważam, że czasami same sobie jesteśmy winne sądząc, że nie mamy szans na awans i poddajemy się. Kobiety chyba myślą: jeżeli będę dobrze pracować, to mnie zauważą. Tymczasem trzeba i dobrze pracować, i jeszcze umieć upomnieć się o swoje. Przyznam, że po kolejnych awansach kolegów zapytałam przełożonego wprost o ocenę mojej pracy i o to, jak widzi moją zawodową przyszłość. Chyba pomogło.

Długo zbierała się Pani do tej rozmowy?
Kilka miesięcy.

Wcześniej też nie mogła Pani usiedzieć w jednym miejscu…
Jeśli coś mi nie dawało satysfakcji, starałam się to zmienić. Tuż po studiach pracowałam z dziećmi w poradni psychologicznej. Po sześciu latach zdecydowałam się na pracę psychologa więziennego. Koleżanki z poradni przepowiadały mi, że w ciągu pół roku wrócę do nich… na kolanach.

Tak się nie stało, ale początki na pewno nie były łatwe.
Byłam wtedy w Sieradzu - zakładzie dla młodocianych i pierwszy raz karanych - jedynym psychologiem na 1300 osadzonych. Po paru dniach dostałam wezwanie do samouszkodzeniowca. Teraz wiem, że to była próba ze strony kolegów. Chcieli zobaczyć, jak się zachowam, gdy przyprowadzą do mnie mocno pokrwawionego więźnia, jeszcze przed opatrzeniem ran. Z próby wyszłam zwycięsko, zachowałam zimną krew. Chwilę porozmawiałam, po czym zawołałam oddziałowych, by zaprowadzili go do lekarza.

To był chrzest bojowy, a potem?
Przez trzy lata w tym zakładzie byłam psychologiem ogólnopenitencjarnym. Liczono się z moim zdaniem, nigdy nie próbowano wpływać na zmianę mojej decyzji dotyczącej np. osadzenia skazanego w celi izolacyjnej. Kiedy otworzono w Sieradzu oddział terapeutyczny, byłam jedynym psychologiem, więc zostałam szefową tego oddziału.

Zyskała Pani wtedy miano "żelaznej damy".
Kiedy pracowałam na sieradzkiej "S", osadzeni wołali na mnie "mama", a jeden z oddziałowych był "tatą". Ale potem, gdy zajęłam miejsce odwołanego kierownika działu penitencjarnego i podejmowałam także niepopularne decyzje, zyskałam przydomek "żelaznej damy".

Nie jest więc Pani dobrym przykładem kłopotów kobiet z awansowaniem w Służbie.
Kierownikiem byłam ponad rok. Potem skomplikowała się moja sytuacja życiowa i postanowiłam wrócić na Śląsk, skąd pochodzę. Tu stałam się znów szeregowym pracownikiem. Zostałam przyjęta do katowickiego Rejonowego Aresztu Śledczego na stanowisko starszego inspektora, dwa lata byłam psychologiem, zajmowałam się też pomocą postpenitencjarną. W 1998 r. trafiłam do OISW w Katowicach i pełniłam tam funkcję specjalisty.

Łatwo było tak radykalnie zmienić klimat z sieradzkiego na katowicki?
Pamiętam, że kiedy w sprawie pracy zadzwoniłam do jednej z jednostek w katowickim, telefon odebrał kadrowiec. Dowiedziałam się, że mają wolny etat. Ale obok kadrowca stał dyrektor, który powiedział, że baby nie przyjmie. Słyszałam ich rozmowę, bo słuchawka telefonu nie została dokładnie zasłonięta. Kiedy po latach, już jako specjalistka do spraw penitencjarnych, trafiłam na kontrolę do tej jednostki, przypomniałam tamten epizod sprzed lat. Odpowiedziano mi, że coś takiego nie mogło się wydarzyć.

Funkcjonariusz więziennictwa to od zawsze był męski zawód…
To się zmienia, podobnie jak w wojsku i Policji. Do jednostek, gdzie rządzą mężczyźni, przyjmowanych jest coraz więcej kobiet. Z tym że panie zdominowały administrację, służbę zdrowia, a na oddziałach jest ich jeszcze mało. Kiedy zaczynałam pracę, dział penitencjarny też był opanowany przez mężczyzn, teraz przybyło kobiet.

Ale ochrona pozostaje męską domeną, a jeżeli któraś z koleżanek trafi do tego działu, to stanowi ewenement.
Nie musimy ścigać się z mężczyznami. Są działy, w których możemy pracować na równi z nimi, ale w jednostkach dla osadzonych mężczyzn liczba pań w ochronie musi pozostać ograniczona do funkcjonariuszek niezbędnych np. przy przeszukiwaniu odwiedzających kobiet.

Czasami z męskich ust można usłyszeć, że dla pań nie ma miejsca na pierwszej linii, bo w sytuacjach konfliktowych i tak będą się chować za plecami kolegów.
Nie zgadzam się z taką opinią. Pamiętam, że w sytuacji, gdy osadzeni w mojej jednostce buntowali się przeciwko blendom i atmosfera była napięta, to wychowawczyni nie okazała się gorsza od wychowawców. Wcale nie kryła się za plecami mężczyzn. Rozmawiała z buntującymi się osadzonymi, działając zgodnie ze swoimi kompetencjami i nie okazując cienia strachu. Są kobiety, które potrafią się zmobilizować w stanie zagrożenia, a są mężczyźni, którzy w takich sytuacjach "wymiękają". To kwestia osobowości, a nie płci.

Nie ma Pani żadnych pokus, by faworyzować kobiety w swojej jednostce?
Zdecydowanie nie. Przede wszystkim patrzę na to, co dana osoba potrafi, co sobą reprezentuje. W moim areszcie panie stanowią niewielki odsetek. Są to, oprócz pielęgniarek, dwie wychowawczynie, dwie finansistki, jedna kadrowa i jedna prawniczka.

A przy rekrutacji do pracy nie zwraca Pani uwagi na płeć?
Patrzę na zawodowe przygotowanie i na umiejętności interpersonalne, tak ważne w naszej pracy. Bardzo nam się sprawdza metoda przyjmowania chętnych, którzy odbywali u nas staż. Do tej pory w taki sposób przyjęliśmy trzy osoby, w tym dwie kobiety. Do ochrony generalnie przyjmowani są mężczyźni, w tym dziale pełni służbę tylko jedna kobieta. W areszcie - jak wiadomo - stale przeszukuje się osadzonych, a to męski kryminał.

Przy awansach także pełne równouprawnienie?
W mojej jednostce awans zależy tylko od pracy i predyspozycji do kierowania ludźmi. Osoba konfliktowa, choćby była profesjonalistą, nie może zostać kierownikiem działu, niezależnie od płci. Kobiety zazwyczaj są dokładniejsze, systematyczniejsze, ale czasem bywają kłótliwe.

Na ile zmienia się wizerunek Służby, w której jest coraz więcej pań?
Z tego, że jest nas coraz więcej, płynie wiele korzyści. Kobiety są pracowite, obowiązkowe, ambitne. Zmieniamy Służbę, bo patrzymy na świat w bardziej humanitarny, nacechowany empatią sposób. W naszym systemie wartości rywalizacja nie jest najważniejsza. W przypadku konfliktów wolimy negocjować niż traktować spór w kategorii wygrany-przegrany.

I ciągle w skrytości ducha sądzimy, że jeśli będziemy dobrze pracować, to awans nas nie ominie.
To nieefektywna polityka, szczególnie w sytuacji, gdy koledzy bardzo sugestywnie potrafią zaprezentować swoje osiągnięcia. Oni po prostu dobrze sprzedają swoją pracę.

Stąd być może jest ich tak wielu na kierowniczych stanowiskach…
Jeśli przełożony ma kogoś awansować, to o wyborze decyduje najczęściej tradycja, przyzwyczajenie do tego, że kierownicze stanowiska zajmowali na ogół mężczyźni. Ta tendencja zmienia się bardzo powoli, ale starałam się dowieść w naszej rozmowie, że kobiety mogą mieć pozytywny wpływ na politykę kadrową.
fot. PiotrKochański

Miesięcznik "Forum Penitencjarne" ukazuje się od maja 1998 r.
Wydawca:
Centralny Zarząd Służby Więziennej
Ministerstwo Sprawiedliwości
ul. Rakowiecka 37a
02-521 Warszawa

Redakcja:
ul. Wiśniowa 50
02-520 Warszawa
tel. 0226408665 (redaktor naczelny)
0226408666 (sekretariat)
0226408668 (sekretarz redakcji)
fax: 0226408667
e-mail: redakcja@sw.gov.pl

Zespół redakcyjny:
Jadwiga Cegielska (redaktor naczelny) jcegielska@sw.gov.pl
Elzbieta Zakrzewska (sekretarz redakcji) ezakrzewska@sw.gov.pl
Agata Pilarska-Jakubczak apilarska@sw.gov.pl
Hanna Świeszczakowska
Grażyna Wągiel-Linder glinder@sw.gov.pl
Maria Sodomirska(sekretariat) msodomirska@sw.gov.pl
Piotr Kochański (fotoreporter)

Rada programowa:
Jacek Pomiankiewicz (przewodniczący), Grażyna Bednarek, Grzegrz Breintenbach
Irena Dybalska, Waldemar Kowalski, Krzysztof Kowaluk, Jacek Matrejek,
Paweł Nasiłowski, Jan Stec, Andrzej Szydłowski, Waldemar Śledzik,
Edward Wasilewski, Ireneusz Wolman, Marek Wójtowicz

Warunki prenumeraty:
Miesięcznik kolportowany w systemie prenumeraty, którą przyjmuje redakcja. Cena
prenumeraty w 2008 r. wynosi 30 zł. Odpowiednią kwotę należy wpłacać na konto
Ministerstwo Sprawiedliwości CZSW Biuro Budżetu
NR 76 1010 1010 0401 5222 3100 0000 z adnotacją "Forum Penitencjarnego" 2008 r.

Reklama w "Forum Penitencjarnym":
cała strona - 1500 zł, 1/2 strony - 1000 zł, 1/4 strony - 700 zł (+22%vat)
Na stronach czarno-białych 50% taniej.
Ogłoszenia drobne - bezpłatne.
Stałym klientom udzielamy bonifikaty. Reklamy przyjmuje redakcja. Nalezność
płatna przelewem na konto:
Drukarnia Offsetowa "ATU"
66 1240 1095 1111 0000 0324 8115
Bank PKO S.A. X O/W-wa, ul. Omulewska 27

Łamanie i druk:
Drukarnia Offsetowa "ATU"
ul. Działyńczyków 21 i 21a, 04-495 Warszawa
tel./fax.(022) 6734648, 6734649
e-mail: biuro@drukarniaatu.k2.pl
ostatnia aktualizacja: Tomasz Mazurkiewicz 28.03.2006 11:50