Izolacja zabija powoli – nie tylko kontakt ze światem, ale też wiarę we własne możliwości. Osadzeni latami tkwią w rzeczywistości, w której każdy dzień wygląda tak samo. Problem narasta, gdy wieloletni pobyt w zakładzie karnym oznacza powrót nieprzygotowanego człowieka do zupełnie innego świata.

Dlatego wychodzenie na zewnątrz – nawet na kilka godzin – to więcej niż spacer. O sensie i znaczeniu takich wyjść rozmawiamy z ppor. Natalią Jeszką, wychowawczynią w Zakładzie Karnym w Grudziądzu, autorką wolnościowego programu PrisONOFF dla skazanych kobiet, odbywających kary długoterminowe, w trakcie którego osadzone oswajają się ze zmienionym technologicznie światem. A to wszystko poza murami zakładu, by oddziaływania penitencjarne, pomimo nazewnictwa, były w rzeczywistości działaniami pozapenitencjarnymi.

 

Wiele osób uważa, że skoro kara ma być karą, to izolacja powinna trwać nieprzerwanie aż do końca wyroku. Po co w ogóle organizujecie takie wyjścia?

Bo więzienie nie powinno być tylko izolacją. Głównym celem jest resocjalizacja, a żeby się zresocjalizować, trzeba mieć kontakt ze światem zewnętrznym. Nie możemy oczekiwać efektywnego włączenia osadzonego do społeczeństwa, przy jednoczesnym całkowitym wykluczeniu go z niego na kilkanaście lat. Za ten aspekt adaptacji odpowiedzialne jest całe społeczeństwo. Jednak nawet najlepsze oddziaływania penitencjarne realizowane wyłącznie w murach zakładu nie zintegrują człowieka ze zmieniającym światem. W tym zakresie odpowiedzialność spada na nas. Osadzeni latami funkcjonują w rzeczywistości, w której wszystko jest regulowane: kiedy wstają, jedzą, idą na spacer, kładą się spać. Na zewnątrz te zasady nie działają – trzeba podejmować decyzje, reagować na sytuacje, mieć kontakt z ludźmi. Wyjścia poza mury uczą właśnie tego. Wychodzimy po to, by osadzeni nie zapomnieli, jak wygląda normalne życie.

Jakie to są wyjścia? Grupowe czy indywidualne?

Różne. Organizujemy zarówno wyjścia grupowe, jak i indywidualne – każde z nich pełni inną funkcję. Wyjścia grupowe często mają wymiar społeczny, uczą jak zachować się w przestrzeni publicznej, jak wchodzić w interakcje z ludźmi.  Dla nas to normalne, że wchodząc do sklepu, mówimy „dzień dobry” i „dziękuję”. Dla niektórych osadzonych – zwłaszcza tych, które wychowały się w trudnych warunkach – to nie jest oczywiste. Kiedy wychodzimy, ćwiczymy te zachowania, bo to są właśnie te drobne rzeczy, które pozwalają nawiązać kontakt z drugim człowiekiem. Poza tym w zakładzie karnym brakuje bodźców, które na wolności są codziennością: dźwięków miasta, szumu drzew, kolorów. To może się wydawać banalne, ale dla kogoś, kto od lat żyje w zamknięciu, wyjście poza mury jest jak zetknięcie z inną rzeczywistością. Wychodzimy więc po to, by nie dopuścić do tego, żeby ten świat stał się im zupełnie obcy.

To są spacery po mieście, spotkania z przyrodą, wyjścia edukacyjne. Co jeszcze?

Niektóre wyjścia maja bardziej osobisty charakter. Pracuję z osadzonymi, które uczą się lub pracują w ramach zatrudnienia zewnętrznego i z nimi wychodzimy, by mogły celebrować swoje osiągnięcia. Na przykład po zakończeniu roku szkolnego idziemy na zewnątrz, żeby uczcić sukces uczennic. To nie jest tylko świętowanie – to moment, w którym one mogą zobaczyć, że ich wysiłek ma sens, że jest coś poza murami, na co warto pracować.

A wyjścia indywidulane? Jakie mają sens?

Realizuję je w ramach programu PrisONOFF dla skazanych kobiet, odbywających kary długoterminowe i dostosowuję je w jak największym zakresie do potrzeb postpenitencjarnych uczestniczek. Każda z nich może zaprojektować swoje zajęcia tak, by po prostu móc „załatwić swoje sprawy”. Dla każdej z nich będzie oznaczało to coś innego – na przykład złożenie wniosku o dowód osobisty lub wizytę w ZUS.

Dlaczego osadzone z długimi wyrokami potrzebują specjalnego programu?

To osoby, które spędziły za kratami kilkanaście, czasem kilkadziesiąt lat. Dla nich świat na zewnątrz przestał być zrozumiały. Bo zmieniło się wszystko: sposób, w jaki ludzie ze sobą rozmawiają, jak się ubierają, jak korzystają z technologii. Nawet zwykłe wejście do sklepu może być paraliżujące. Program PrisONOFF oswaja lęki, przełamuje wstyd, przygotowuje do wolności, daje poczucie, że ja też potrafię i mogę.  

To musi być dla nich przełom.

Wyobraźmy sobie kobietę, która przez 22 lat nie była poza murami więzienia. Jakie to musiało być przeżycie, kiedy pierwszy raz od ponad dwóch dekad szła ulicą, słyszała miasto, widziała ludzi, musiała kupić bilet autobusowy w automacie, a potem go skasować. Dla nas jest to automatyczna czynność, a ona zastanawiała się, nie wiedziała, co zrobić, czuła się zagubiona. Podczas tych wyjść poszliśmy też zobaczyć, jak działa parkometr, bankomat, pokazaliśmy, że mamy też wpłatomaty i jak działają płatności zbliżeniowe, ale przede wszystkim staraliśmy się, żeby jak najwięcej czynności osadzona wykonywała sama. Dostała też smartfona bez karty SIM, ale z zainstalowanymi aplikacjami i miała za zadanie dotrzeć na konkretny przystanek tramwajowy, doprowadzić nas z punku A do punktu B albo przy pomocy aplikacji „Jak dojadę” dotrzeć na dworzec autobusowy.

Udało się?

Tak. I było widać, że ma poczucie, że ona sobie z tym radzi. Że oswaja lęk. Bo kiedy jest się w zamknięciu, myśl jest jedna: nie dam rady. A kiedy wyjdzie nawet na te dwie, trzy godziny to widzi, że sobie poradziła z kupnem biletu, że nas doprowadziła na miejsce, że jednak potrafi. Osadzone bardzo celebrują takie małe sukcesy. I to też jest bardzo ważne, że one są sprawcze w tym programie. Wiele z nich trafiło do zakładu, gdy miały 19 albo 20 lat. I one tu dorastały, nie zdążyły na wolności nauczyć się tego, jak zajmować się wpłatami na mieszkanie, planować budżet, dopilnować spraw urzędowych. W zakładzie karnym inicjatywa skazanej kończy się na tym, że wystąpi z prośbą. Nie ma możliwości przetestować siebie jako dorosłej osoby, która ma załatwić sprawy samodzielnie. Bo tak jak powiedziała jedna z osadzonych – najpierw robili to za nią rodzice, teraz robi Służba Więzienna.

Jak jeszcze poza kupnem biletu wyglądu nauka sprawczości?

To zależy od ich potrzeb. Jedna pani potrzebowała iść do urzędu porozmawiać o swoich świadczeniach w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych, druga potrzebowała informacji o tym, co zrobić, żeby dostać zasiłek dla bezrobotnych. W ramach programu umówiliśmy spotkanie z Powiatowym Urzędem Pracy, z  Ośrodkiem Pomocy Rodzinie, z ZUS-em, Urzędem Miasta i Zespołem Kuratorskim. Nie chcieliśmy, żeby instytucja przychodziła do nas, ale żeby osadzona tak jak na wolności poszła do instytucji. I właśnie z jedną z osadzonych będziemy składać wniosek o dowód osobisty bezpośrednio w urzędzie. Bo widzę, że one boją się ludzi, urzędników, nie wiedzą jak zadać pytanie, co powiedzieć, jak się odezwać. I te nasze wyjścia traktujemy jak trening przed wolnością. Jak teraz poćwiczymy, potem będzie łatwiej.

To nie jest tylko nauka życia, ale też oswajanie emocji.

Bardzo często to właśnie emocje odgrywają tu kluczową rolę. W więzieniu są tłumione. Kiedy wychodzimy poza mury, wracają. Im dłużej jest się w zamknięciu, tym są silniejsze. Dlatego pracujemy nad obniżaniem lęku, nad poczuciem, że ja też potrafię, że ja też mogę. I tak naprawdę ten taki wielki mur troszeczkę kruszymy tymi wyjściami. Przesuwamy granicę tak, żeby osadzone czuły, że to jest im bliższe, żeby nie żyły tylko życiem okołowięziennym, ale życiem na wolności. I pięknie to właśnie było widać, gdy jedna pani, która wychodziła z nami po 22 latach, powiedziała przed wyjściem, że ona pierwszy raz skupiła się na pogodzie — czy będzie ciepło, czy będzie padać. Dla niej to było coś nowego. To pokazuje, jak głęboko izolacja odcina ich od rzeczywistości.

A przecież ci ludzie kiedyś wrócą do społeczeństwa.

I będą żyli obok nas. To, czy będą potrafili się w tym świecie odnaleźć, zależy w dużej mierze od tego, co przeżyli w więzieniu. Jeśli chcemy, by po wyjściu byli ludźmi, którzy funkcjonują w społeczeństwie, musimy dać im szansę na naukę życia. Wyjścia poza mury to nie luksus – to inwestycja w to, żeby ktoś, kto kiedyś popełnił błąd, mógł zacząć od nowa.

Ale czy jedno wyjście na kilka godzin może naprawdę coś zmienić?

To nie jest tylko jedno wyjście. To proces. Krok po kroku osadzone uczą się, że świat poza zakładem karnym to nie jest wrogi teren. Widzą, że potrafią nawiązywać kontakty, rozmawiać z ludźmi, funkcjonować w codziennych sytuacjach. Takie doświadczenia zostają w pamięci.

Dziękuję za rozmowę.

Anna Krawczyńska

zdjecia ppor. Natalia Jeszka, kpt. Karolina Goss

Generuj pdf
Znajdź nas również na
Serwis Służby Więziennej